Ayana zerwała plakat.
„To jest papier.”
„To dotyczy wszystkich głodnych ludzi w Georgii”.
„Wtedy opuszczamy Gruzję”.
Próbowali kierować się na zachód, potem na północ, a potem na północny wschód, gdy patrole zagęściły się na drogach. O świcie dwudziestego trzeciego dnia usłyszeli śpiew.
Pochodzi z pola bawełny.
Duchowy, niski i bolesny, wznoszący się z niewolniczych robotników pochylonych nad rzędami, podczas gdy nadzorca drzemał na koniu. Ayana chciała ich uniknąć. Josiah się zatrzymał.
„Ta piosenka jest prawdziwa” – wyszeptał.
„Skąd wiesz?”
„Bo nikt nie śpiewa o smutku w ten sposób, jeśli sam go nie uznaje.”
Zbliżali się przez linię drzew.
Starsza kobieta z siwymi włosami owiniętymi rudymi włosami zobaczyła ich pierwsza. Jej dłonie wciąż skubały bawełnę. Jej pieśń stawała się coraz głośniejsza. Dołączyli do nich inni, zagłuszając szept liści, gdy Ayana i Josiah podkradali się coraz bliżej.
„Jesteście nimi” – mruknęła kobieta, nie podnosząc wzroku.
„Tak” – odpowiedział Jozjasz.
„Potrzebujesz jedzenia?”
„I wiadomości” – dodała Ayana.