Jakież to upokarzające.
Czułam, jak wszystkie oczy na sali balowej wpatrują się we mnie, czekając, aż się załamię. Chcieli łez. Chcieli krzyku. Chcieli, żebym rzuciła szampanem, spoliczkowała Brooke, błagała Ethana albo uciekła z sali z rozmazanym tuszem do rzęs.
Zamiast tego uniosłam szklankę z wodą i powoli upiłam łyk.
Ethan zacisnął szczękę.
Uśmiech Brooke zbladł.
Ostrożnie odstawiłam szklankę. „Gratulacje” – powiedziałam.
Słowo było ciche, ale jakimś cudem rozniosło się po całej sali balowej.
Ethan zamrugał. „Claire…”
„Nie” – powiedziałem, wciąż się uśmiechając. „Proszę. Nie psuj sobie tej chwili”.
Wyraz twarzy Brooke się zmienił. Tylko na chwilę. Ale to dostrzegłem.
Strach.
Bo kobiety takie jak Brooke rozumiały gniew. Rozumiały zazdrość. Rozumiały publiczne upokorzenie. Nie rozumiały jednak żony, która właśnie została zdradzona przed elitą biznesową Chicago i wyglądała na niemal ulżoną.
Wstałem, wygładziłem…
Zdjęłam przód mojej czarnej sukienki i podniosłam kopertówkę.
Ethan sięgnął pod stół i chwycił mnie za nadgarstek. „Nie rób z tego szpetnej sytuacji”.
Spuściłam wzrok na jego dłoń, aż mnie puścił.
Potem pochyliłam się na tyle, żeby tylko on mógł usłyszeć.
„Już to zrobiłaś”.
Wyszłam z sali balowej z perłami przy szyi, wyprostowana, a każdy szept podążał za mną przez złote drzwi.
Ale nie wróciłam do domu.
Nie płakałam na tylnym siedzeniu samochodu.
Nie zadzwoniłam do przyjaciółki.
Poszłam do jedynego miejsca, do którego Ethan Hayes nigdy nie miał wstępu.
Na prywatne czterdzieste szóste piętro wieży Hayes Logistics.
Na piętro, którego nie ma w panelu windy publicznej.
Na piętro, na którym moje prawdziwe nazwisko wciąż widniało w oryginalnych dokumentach własnościowych.
Claire Whitmore Hayes.
Właścicielka większościowa.