Odebrała po czwartym dzwonku, jej głos był spokojny, rozluźniony, jakby już leżała w egipskiej pościeli z książką.
„Evelyn? Trochę późno, prawda?”
„Dlaczego moja mama siedzi sama przy stole z dwutysięcznikiem, Karen?” Nie krzyknęłam. Krzyk jest dla tych, którzy wciąż mają nadzieję. Mój głos był spokojny, martwy.
„Och” – powiedziała Karen i niemal słyszałam jej uśmieszek. „Czy ona jeszcze tam jest? Mieliśmy kilka nagłych wypadków. Założyłam, że będzie miała dość przyzwoitości, żeby uregulować rachunek. Przecież tyle dla was dwojga zrobiliśmy”.
„Zaprosiłeś ją. Powiedziałeś jej, że to twoja nagroda. Zamówiłeś wino rocznikowe, wieże z homara, desery ze złotymi liśćmi. Ona zamówiła sałatkę ogrodową i wodę gazowaną”.
„Cóż”, westchnęła Karen znudzonym tonem. „Może to będzie dla niej cenna lekcja. Nigdy nie należy przyjmować zaproszenia do świata, w którym nie stać nas na życie. Chodzi o… świadomość społeczną, Evelyn. Jeśli chce być częścią naszego kręgu, musi nauczyć się, jak postępujemy”.
„Nie odeszłaś z powodu nagłego wypadku”, powiedziałam, a ta świadomość uderzyła mnie jak cios. „Zrobiłaś to celowo. Chciałaś ją upokorzyć”.
„Chciałam, żeby zrozumiała swoje miejsce”, syknęła Karen, a maska w końcu całkowicie opadła. „I chciałam, żebyś ty zrozumiał swoje. A teraz, wybacz, jutro czeka mnie długi dzień”.
Rozłączyła się.
Wpatrywałam się w telefon w przyćmionym świetle deski rozdzielczej. W tym momencie kobieta, którą myślałam, że będę – synowa, rozjemczyni – umarła.
Dotarłam do restauracji i zobaczyłam mamę przez szybę. Siedziała zupełnie nieruchomo, z wyprostowanymi plecami, wpatrując się w białą kartkę papieru, jakby to był wyrok śmierci. Nie zauważyła jednak menedżera podchodzącego do niej z surową niecierpliwością.
Rozdział 4: Zmiana biegu wydarzeń
Kiedy wparowałam do L’Artiste d’Or, atmosfera była gęsta od zapachu drogich cygar i osądów. W ciągu kilku sekund dotarłam do mamy i przytuliłam ją. Drżała tak mocno, że aż szczękały jej zęby.
„Przepraszam” – wyszeptała mi w ramię. „Bardzo mi przykro, Evie”.
„Nie waż się przepraszać” – powiedziałem.
Podszedł do nas mężczyzna w eleganckim czarnym garniturze. Na jego plakietce widniał napis „Monsieur Girard, Dyrektor Generalny”. Spojrzał na nas z wystudiowaną, arystokratyczną pogardą, którą luksusowe lokale stosują, by zniechęcić „niewłaściwych”.
„Czy jest jakiś problem z ugodą?” – zapytał niskim, groźnym pomrukiem.