„Prawda” – uśmiechnęła się Linda, podziwiając swoje odbicie w lustrze. „Ta dziewczyna. Jest taka… użyteczna. Trochę nijaka, ale użyteczna”.
Na dole Jessica robiła sobie selfie w holu. „Chłopaki! Oświetlenie tu jest okropne! Gdzie jest profesjonalna ekipa oświetleniowa, którą obiecała Sarah?”
Zadzwonił dzwonek do drzwi.
„Ach! Pierwsi goście!” Robert klasnął w dłonie. „Czas na przedstawienie!”
Robert otworzył ciężkie, dębowe, podwójne drzwi. Stali tam Millerowie – sąsiedzi.
„Robert! Linda!” – rozpromienił się pan Miller. „Gotowi na imprezę roku!”
„Proszę, proszę!” Robert wprowadził ich do wielkiego holu.
Ale gdy Millerowie weszli do środka, uśmiech zniknął z twarzy pani Miller. Rozejrzała się po przestronnym salonie.
„Och” – powiedziała. „Czy jesteśmy… wcześnie?”
Pokój wyglądał dokładnie tak, jak zawsze. Nie było okrągłych stołów z białymi obrusami. Nie było kwiatowych ozdób na stołach, górujących niczym wieżowce. Nie było baru ustawionego w kącie z kryształowymi kieliszkami. Nie było kwartetu smyczkowego grającego Vivaldiego.
Była tylko… sofa. I telewizor. I unoszący się zapach starego psa.
„Co u licha?” Linda zeszła po schodach, a jej cekiny odbijały światło zwykłej żarówki w korytarzu. „Gdzie są wszyscy?”
„Pracownicy?” zapytała pani Miller. „Podjazd jest pusty, Lindo”.
Linda zbladła. „Jessica, sprawdź kuchnię”.
Jessica pobiegła do kuchni na obcasach. Chwilę później wybiegła z powrotem z twarzą przerażoną. „Mamo. Lodówka jest pusta. Nic tam nie ma. Tylko karton mleka i resztki jedzenia na wynos”.
„Co?” ryknął Robert. „Gdzie jedzenie? Gdzie wino?”
Dzwonek do drzwi zadzwonił ponownie. I ponownie.
Samochody ustawiały się w kolejce na podjeździe. Bentley. Mercedes. Limuzyna senatora.
Lindę ścisnęła lodowata, ostra panika. „Zadzwoń do Sary”.