Rok później.
Sarah siedziała w swoim biurze, przeglądając portfolio na bal charytatywny, który organizowała. Zadzwonił interkom.
„Sarah? Przyszedł do ciebie list. Prywatny. Bez adresu zwrotnego, ale pismo wygląda… znajomo”.
„Przynieś”.
Jej asystentka położyła kremową kopertę na biurku.
Sarah natychmiast rozpoznała pismo. To było pismo Lindy. Pętelki na literze „S” były nie do pomylenia.
Otworzyła ją. W środku była zwykła kartka z napisem „Myślę o Tobie” z drogerii.
Sarah,
Urodziny twojego ojca zbliżają się w przyszłym miesiącu. Organizujemy małą kolację w apartamencie. Tęsknimy za tobą. Jesteśmy gotowi zostawić przeszłość za sobą, jeśli ty też. Jessica przyprowadza swojego nowego chłopaka. Bardzo byśmy chcieli, żebyś przyszła. Może porozmawiamy o przyszłości.
Całuję, mama.
PS. Jeśli przyjdziesz, czy mogłabyś przynieść kilka butelek tego dobrego czerwonego wina, które kiedyś kupowałaś? Wybór w lokalnym sklepie monopolowym jest fatalny.
Sarah przeczytała list dwa razy.
Jej śmiałość zapierała dech w piersiach. Nawet w gałązce oliwnej była prośba. Nawet w przeprosinach było żądanie. Przynieś wino. Napraw naszą rzeczywistość.
Poczuła ukłucie dawnego poczucia winy. Uwarunkowania, które mówiło: Ale ona jest twoją matką.
Potem przypomniał sobie pusty podjazd. Przypomniała sobie wiadomość „Brak miejsca”. Przypomniała sobie poczucie wolności, gdy obudziła się w niedzielny poranek.
Już nie czuła złości. Czuła się po prostu… obojętna. Byli obcymi ludźmi, którzy mieli takie samo DNA. Byli złą inwestycją, którą w końcu skreśliła.
Sarah wzięła długopis. Nie napisała listu. Nie napisała wyjaśnienia.
Po prostu wzięła kartkę, odwróciła ją i napisała dwa słowa: