„Przez klienta. Sarah Whitaker. Powołała się na klauzulę anulowania. Zapłaciła opłatę za anulowanie i unieważniła zamówienie. Powiedziała…” Marco zawahał się.
„Co powiedziała?” warknął Robert, a pot perlił mu się na czole, gdy zobaczył senatora idącego ścieżką.
„Powiedziała, że skoro nie ma „wystarczająco miejsca” dla płatnika, to nie ma wystarczającego budżetu na imprezę. Była bardzo konkretna, panie Whitaker. Kazała dopilnować, żeby nie przyjechały żadne ciężarówki.”
Robert upuścił telefon. Rozbił się o drewnianą podłogę.
Na zewnątrz trzaskały drzwi samochodów i słychać było coraz głośniejsze pogawędki. Osiemdziesięciu ośmiu nowojorskich elit stało właśnie na trawniku przed domem, w najwspanialszej biżuterii, czekając na wpuszczenie do domu, w którym znajdowały się tylko trzy spanikowane narcyzy i paczka krakersów.
„Zrób coś, Robert!” krzyknęła Linda, a jej opanowanie legło w gruzach. Chwyciła wazon ze stołu konsolowego i rzuciła nim o ścianę. „Napraw to!”
„Nie mogę!” krzyknął Robert. „Nie mam dwudziestu tysięcy dolarów na catering na szybkim wybieraniu! Sarah płaci za wszystko!”
Jessica zaczęła płakać. „Moje zaręczyny! Influencerzy będą to transmitować na żywo! Będę memem, mamo! Będę memem!”
Senator zapukał do otwartych drzwi. Rozejrzał się po pustym, ciemnym salonie, a potem spojrzał na spoconą twarz Roberta.
„Robert” – powiedział senator lodowatym rozczarowaniem. „Czy to jakiś żart?”
„Senatorze, proszę, doszło do nieporozumienia z personelem…”
„Wygląda na to, że nie stać cię na przyjęcie nas” – powiedział senator. Zwrócił się do żony. „Chodź, kochanie. Chodźmy do Le Bernardin. To żałosne”.
Goście jeden po drugim odwracali się. Natychmiast rozległy się szepty.
„Zbankrutowali”.
„Oszustwa”.
„Widziałeś sukienkę Lindy? Pewnie też podróbka”.
Linda osunęła się na schody, chowając twarz w dłoniach, gdy dźwięk ryczących drogich silników oznajmił śmierć ich…
Pozycja społeczna. Byli sami.
Część 4: Faktura Prawdy
Niedziela, 10:00.
Sara weszła do domu rodziców. Wyglądała na wypoczętą, jej skóra promieniała po zabiegach spa. Niosła pod pachą gruby, czarny segregator.
W domu panowała cisza. Wazon, który rzuciła Linda, wciąż leżał roztrzaskany na podłodze.
Znalazła ich w kuchni. Wyglądali jak zjawy. Tusz do rzęs Lindy rozmazał się po jej policzkach. Robert wpatrywał się w czarny kubek do kawy. Jessica agresywnie pisała na telefonie, usuwając komentarze.
Kiedy Sarah weszła, atmosfera w pomieszczeniu zmieniła się z rozpaczy w nuklearną furię.
„Ty” – syknęła Linda, wstając. „Ty złośliwa, zazdrosna mała suko”.
„Dzień dobry, mamo” – powiedziała spokojnie Sarah, odkładając segregator na kuchenną wyspę. „Domyślam się, że przyjęcie było… kameralne?”
„Zrujnowałaś nas!” Robert uderzył pięścią w stół. „Masz pojęcie, kto tam był? Senator! Zadzwonił do mnie dziś rano, żeby zrezygnować z mojej rady doradczej. Jesteśmy pośmiewiskiem!”