Ale gdy Millerowie weszli do środka, uśmiech zniknął z twarzy pani Miller. Rozejrzała się po przestronnym salonie.
„Och” – powiedziała. „Czy jesteśmy… wcześnie?”
Pokój wyglądał dokładnie tak, jak zawsze. Nie było okrągłych stołów z białymi obrusami. Nie było kwiatowych ozdób na stołach, górujących niczym wieżowce. Nie było baru ustawionego w kącie z kryształowymi kieliszkami. Nie było kwartetu smyczkowego grającego Vivaldiego.
Była tylko… sofa. I telewizor. I unoszący się zapach starego psa.
„Co u licha?” Linda zeszła po schodach, a jej cekiny odbijały światło zwykłej żarówki w korytarzu. „Gdzie są wszyscy?”
„Pracownicy?” zapytała pani Miller. „Podjazd jest pusty, Lindo”.
Linda zbladła. „Jessica, sprawdź kuchnię”.
Jessica pobiegła do kuchni na obcasach. Chwilę później wybiegła z powrotem z twarzą przerażoną. „Mamo. Lodówka jest pusta. Nic tam nie ma. Tylko karton mleka i resztki jedzenia na wynos”.
„Co?” ryknął Robert. „Gdzie jedzenie? Gdzie wino?”
Dzwonek do drzwi zadzwonił ponownie. I ponownie.
Samochody ustawiały się w kolejce na podjeździe. Bentley. Mercedes. Limuzyna senatora.
Lindę ścisnęła lodowata, ostra panika. „Zadzwoń do Sary”.
„Próbowałam!” krzyknęła Jessica. „Od razu włącza się poczta głosowa!”
Robert chwycił telefon stacjonarny i wybrał numer Delizia Catering. Włączył głośnik, żeby wszyscy, łącznie ze zdezorientowanymi Millerami, mogli usłyszeć.
„Tu Marco” – rozległ się donośny głos.
„Marco! Tu Robert Whitaker! Gdzie ty, do cholery, jesteś? Osiemdziesiąt osób stoi na moim podjeździe!”
Na linii zapadła cisza.
„Panie Whitaker? Nie rozumiem. Umowa została wczoraj anulowana”.
W korytarzu zapadła absolutna cisza.
„Anulowana?” wyszeptała Linda. „Przez kogo?”