Firma miała zainstalować najnowocześniejszy system bezpieczeństwa, zająć się całym terenem wokół budynku i jego utrzymaniem, a także płacić tak wysoki miesięczny czynsz, że mogłem wrócić do nauczania w niepełnym wymiarze godzin, nie martwiąc się już ani jednym rachunkiem, ani podatkiem od nieruchomości.
Vance podpisał umowę bez ani jednej skargi.
Uroczyste otwarcie nowego biura ds. ochrony społeczności nastąpiło sześć tygodni później.
W ten rześki jesienny poranek klony rosnące wzdłuż ulicy dopiero zaczynały przybierać jaskrawe odcienie karmazynu i złota. Poranne słońce wpadało przez oryginalny witraż nad głównymi schodami, rozrzucając klejnotowe światło na polerowanej drewnianej podłodze w holu.
Stałem w salonie z Harrisonem Vance’em, przeglądając ostatnią, oprawioną w skórę umowę najmu, gdy na krawężnik podjechał elegancki, czarny, firmowy sedan.
Victoria wysiadła z tylnego siedzenia. Ściskała w dłoniach pokaźną torbę na laptopa, emanując kruchą pewnością siebie kobiety, która desperacko próbuje udawać, że nie jest przerażona.
Weszła po schodach na werandę i pchnęła ciężkie drzwi wejściowe.
Omiotła wzrokiem starannie wypolerowaną, oryginalną poręcz. Spojrzała na kwiatową tapetę, którą kiedyś domagała się zerwania. Wpatrywała się w piękny olejny portret babci Evelyn, wiszący na honorowym miejscu nad stołem w przedpokoju.
A potem zobaczyła mnie stojącego obok prezesa jej firmy.
Victoria zamarła w bezruchu.