Zamiast tego zadzwonił dwa razy, a potem odezwał się głęboki, chropawy, niezwykle ostrożny głos. „Vance”.
Zacisnęłam dłoń tak mocno, że aż zbielały mi kostki. „Panie Vance, nazywam się Clara Sinclair. Evelyn Whitmore była moją babcią. Kazała mi dzwonić pod ten numer, gdyby ktoś mnie kiedykolwiek wyprosił z domu przy Maple Street 847”.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła głęboka, ciężka cisza. Cisza trwała tak długo, że pomyślałam, że połączenie zostało przerwane.
Wtedy odezwał się Harrison Vance, a jego głos zniżył się do cichego, groźnego tonu.
„Evelyn Whitmore uratowała moją firmę” – powiedział cicho. „Powiedz mi dokładnie, co się dzieje, Claro”.
Spotkaliśmy się o 14:00 tego samego popołudnia w prywatnej, przeszklonej sali konferencyjnej na samym szczycie wieżowca Vance & Associates w centrum miasta.
Przyszłam ubrana w prostą, konserwatywną sukienkę, z płócienną torbą. Czułem się zupełnie nie na miejscu pośród włoskich marmurowych podłóg i mężczyzn w szytych na miarę garniturach, ale ogień płonący w mojej piersi utrzymywał kręgosłup idealnie prosty.
Harrison Vance był imponującą postacią. Wysoki, z siwizną na skroniach i oczami, którym nic nie umknęło. Wstał, gdy wszedłem, i sam nalał mi szklankę wody.
Nie marnowałem jego czasu. Wyciągnąłem niebieski folder, który zostawiła Victoria, i położyłem go na wypolerowanym mahoniowym stole. Obok rozłożyłem wydrukowane zrzuty ekranu jej manipulacyjnych SMS-ów, skandalicznie niskiego kontraktu na 250 000 dolarów, do którego podpisania mój ojciec próbował mnie zmusić, oraz listu od babci Evelyn.
Vance usiadł w swoim skórzanym fotelu i przeczytał każdy dokument w całkowitej ciszy. Przeczytał je dwa razy.
Zanim skończył drugie podejście, uprzejma, profesjonalna postawa prezesa zniknęła. Jego wyraz twarzy stwardniał w coś nieskończenie chłodniejszego i o wiele bardziej niebezpiecznego niż zwykły gniew.