Czas mijał.
Napędzany bólem i gniewem, podniosłem się na nogi. Wykorzystałem swój talent kulinarny. Zacząłem sprzedawać przekąski, potem otworzyłem małą restaurację… z czasem przekształcając ją w sieć restauracji w całym Meksyku .
Dziś jestem milionerem .
Ale nadal żyję skromnie. Nikt nie wie o moim majątku, poza rodziną.
Pewnego dnia otrzymałem zaproszenie.
To było Marco .
Miał poślubić Tiffany , córkę wpływowego biznesmena. Na kartce było napisane:
„Mam nadzieję, że przyjdziesz, Lizo. Że zobaczysz, jak wygląda prawdziwy ślub, dla bogatych ludzi. Nie martw się, pokryję koszty twojego przejazdu autobusem”.
To było celowe upokorzenie.
Chciał mnie tylko wyśmiać, pokazać, że jemu się „udało”, a mnie się nie udało.
Idealnie.
Zgodziłem się.