Otworzyłem drzwi drugiego samochodu.
„Zejdźcie, moi kochani” – powiedziałem czule.
Dwie pięcioletnie dziewczynki zeszły na dół. Bliźniaczki . Miały na sobie identyczne białe jedwabne sukienki.
Ich twarze… były dokładnym odbiciem Marco.
Oczy, nos, twarz. Nie było wątpliwości.
Szliśmy po czerwonym dywanie. Dźwięk moich obcasów walił wszystkim w piersi niczym młot.
Gdy zbliżyliśmy się do ołtarza, strażnicy próbowali nas zatrzymać, ale ojciec Tiffany dał im znak, że rozpoznaje we mnie partnera biznesowego .
Marco był blady. O krok od omdlenia.
„Liza?” wyjąkał. „K-kim są te dziewczyny? I skąd masz ten samochód?”
Nie odpowiedziałem.
Spojrzałem na Tiffany, która właśnie przyszła, kompletnie zdezorientowany.