Myślałam, że najtrudniejszą częścią sprowadzenia noworodka do domu będzie ból, wyczerpanie i panika związana z byciem mamą po raz pierwszy. Myliłam się. Prawdziwy szok przeżyłam, gdy mój mąż spojrzał na naszą córkę, a potem na swój samochód i dał mi jasno do zrozumienia, która z nich jest dla niego ważniejsza.
Urodziłam córkę w piątek rano. Wieczorem mąż zostawił nas przed szpitalem, bo nie chciał jej w samochodzie.
Byłam opatulona warstwami dresów, które uciskały mnie w nieodpowiednich miejscach. Moje dziecko było wpięte w nosidełko, jedną drżącą ręką zaczepioną o rączkę, a torba z pieluchami wbijała mi się w ramię. Logan szedł obok mnie, nie niosąc niczego – ani torby z pieluchami, ani dokumentów wypisowych, ani nawet kocyka, który szpital przysłał do domu.
Kiedy dotarliśmy do parkingu dla samochodów dostawczych, gwałtownie się zatrzymał. W pierwszej chwili pomyślałam, że zapomniał, gdzie zaparkował. Potem spojrzał na nosidełko i powiedział: „Nie włożę dziecka do samochodu”.
Wpatrywałam się w niego. „Co?” Pomyślałam, że żartuje.
Wskazał przez tylną szybę. „Fotele”.