„Logan, otwórz drzwi”.
Otworzył, ale stał tam, wpatrując się w tylne siedzenie jak w eksponat muzealny. „Moja skóra jest zupełnie nowa. Jeśli ona tam zwymiotuje, ten zapach nigdy się nie ulotni”.
Zaśmiałam się raz – z niedowierzania, nie z humoru. „Właśnie urodziłam”.
Wzruszył ramionami. „To nie zmienia foteli”.
Ironia polegała na tym, że miał ten samochód dzięki mnie. Po śmierci taty sprzedałam jego domek nad jeziorem. Część pieniędzy poszła na oszczędności, część na rachunki, a część na Logana – po miesiącach jego nalegania, że potrzebujemy niezawodnego luksusowego samochodu przed narodzinami dziecka. Więcej czasu poświęcił na szukanie środka do czyszczenia skóry niż na pomaganie mi w budowie łóżeczka.
Mimo to zapytałam powoli: „Co dokładnie mam zrobić?”
„Zadzwonić po taksówkę”.
Nie mogłam w to uwierzyć. „Chcesz, żebym odwiózł nasze nowonarodzone dziecko do domu taksówką, bo martwisz się o samochód?”
Skrzyżował ramiona. „Moje fotele kosztują więcej niż cała twoja garderoba. Nie zniszczę ich pierwszego dnia”.
Powiedziałam: „Ledwo chodzę”.