„Bo nie wypadało mi gonić za tobą, skoro mnie wyrzuciłaś. Bo matka nie zawsze może sobie pozwolić na załamanie. Bo podczas gdy ty goniłaś za miejscem w paryskich salonach, ja musiałam kupować mleko, płacić za żłobek, pracować, utrzymać się na powierzchni”.
Mój głos nie drżał.
„A przede wszystkim dlatego, że mężczyzna, który porzuca kobietę, nawet jej nie słuchając, nie jest gotowy, by zostać ojcem”.
Oczy Marca napełniły się łzami.
Ale to nie były piękne łzy.
To nie były łzy miłości.
To były łzy zwłoki.
Bezsensowne łzy.
Łzy, które napływają, gdy krzywda już wyrządzona.
Leo uniósł rękę i delikatnie wskazał na Marca.
„Mamo… dlaczego on płacze?”
Kucnęłam przed synami.
„Bo właśnie uświadomił sobie coś ważnego”.
Adrien zmarszczył brwi.
„On jest naszym tatą?”
To słowo uderzyło Marca jak policzek.
Tato.
Słowo, na które nigdy nie zasłużył.
Słowo, którego moi synowie nigdy do niego nie powiedzieli.
Wzięłam głęboki oddech.
Wiedziałam, że ta chwila nie należy już tylko do mnie.