„Nie musiałeś tego robić”
„No, Jackson” – powiedziałem. „Mógłbyś po prostu zadzwonić po gliny z naprzeciwka”.
Jackson spojrzał na swoje dłonie – dłonie, które uratowałem na pustyni. „Przeniosłeś mnie trzy mile przez przeklęty piec, Dave. Dostałeś kulę w ramię, żeby utrzymać opaskę uciskową na mojej nodze. Musiałem przejść tylko pięćdziesiąt jardów”.
Podszedł i podał mi mały, ciężki przedmiot owinięty w taktyczną szmatkę. „Policja „przegapiła” to w stercie dowodów. Pomyślałem, że może zechcesz się tego pozbyć”.
Rozpakowałem to. To były kawałki kija baseballowego. Spojrzałem na drewno – narzędzie bólu mojego syna – i poczułem ostateczny, oczyszczający przypływ determinacji.
„Przeprowadzamy się, Jackson” – wyszeptałem do śpiącego syna. „Przeprowadzamy się do domu z dużym ogrodem. Daleko od Oak Ridge”.
„Wiem” – powiedział Jackson, kiwając głową w stronę okna. „Już wystawiłem dom na sprzedaż. Słyszałem, że w okolicy, do której się wybierasz, potrzebny jest dobry fachowiec. Ktoś, kto wie, jak naprawić… problemy.
„Duch” nigdzie się nie wybierał. Dług nie został spłacony – między braćmi takimi jak my, dług nigdy nie jest spłacony. To po prostu ciągły cykl trzymania linii.
Marissa próbowała do mnie zadzwonić z kancelarii swojego prawnika, błagając o „rozsądne” ugodę. Nawet nie odebrałem. Zablokowałem jej numer. Nie ma „rozsądnego” rozwiązania, jeśli chodzi o bezpieczeństwo dziecka. Jest tylko linia i lwy, które jej pilnują.
Ale obserwując wschód słońca z okna szpitala, zdałem sobie sprawę, że mężczyzna, którym kiedyś byłem – garnitur, analityk – zniknął na zawsze, zastąpiony przez coś o wiele bardziej niebezpiecznego.
Rozdział 6: Lwy u bramy