W tle rozległ się męski głos – zgrzytliwy, ohydny dźwięk, który rozrywał głośnik, zniekształcony wściekłością. „Leo! Wynoś się spod łóżka! Chcesz zadzwonić do taty? Zadzwoń do niego! Powiedz mu, że daję ci nauczkę, której był zbyt miękki, żeby ci udzielić!”
Potem rozległ się dźwięk. Mdły, głuchy łup – dźwięk spieczonego jesionu zderzającego się z kością. Krzyk Leo został przerwany przez westchnienie czystej, pozbawionej powietrza agonii. Potem połączenie się urwało.
Wstałem tak gwałtownie, że mój ergonomiczny fotel poleciał do tyłu, roztrzaskując szklaną ściankę mojego boksu. Stresujący korporacyjny świat wokół mnie zniknął. Zapach drogiej kawy ustąpił miejsca fantomowemu zapachowi kordytu i palonej gumy. Nie zadzwoniłem pod 911. Znałem biurokrację. Znałem procedury dotyczące „zakłócania spokoju domowego”, których nawigacja zajmie czterdzieści minut.
Przewinąłem do kontaktu bez nazwy – tylko symbol czaszki. Nacisnąłem przycisk, biegnąc w stronę wind, a mój wzrok zasnuła czerwona mgła.
„Jackson” – wychrypiałem, a mój głos wibrował z zabójczą częstotliwością. „Poziom 5. Mój dom. Chłopak. Nie pozwól mu zabić mojego syna, zanim tam dotrę”.
Głos po drugiej stronie był jak żwir wcierany w świeżą ranę. „Przyjęte. Pięćdziesiąt metrów stąd. Ruszam”.
Gdy drzwi windy się zamknęły, uświadomiłem sobie, że właśnie uwolniłem ducha i nie sposób przewidzieć, co zostanie z mężczyzny, który dotknął mojego syna.
Rozdział 2: Pasterz z Falludży