„Nie… nie możesz tego zrobić” – wydyszał Chad wysokim i cienkim głosem. „Zadzwonię na policję! Każę cię aresztować za włamanie!”
Jackson podniósł kij baseballowy. Spojrzał na krew na drewnie – krew Leo. Zimny, mroczny blask zabłysnął mu w oczach. Nie użył kija na Chadzie. Zamiast tego, położył kij na podłodze i uderzył nim o kolano, jakby to była wykałaczka.
„Policja nadchodzi, Chad” – powiedział Jackson głosem pozbawionym jakichkolwiek ludzkich emocji. „Ale nie idą po mnie.
„Przybywam, żeby odebrać to, co zostało z człowieka, który uważał, że złamanie dziecka jest w porządku”.
Złapał Chada za kołnierz i pociągnął w stronę ganku. Nie przejmował się tym, że sąsiedzi go obserwują. Nie przejmował się tym, co go otacza. Przywiązał Chada opaskami zaciskowymi do ciężkiej, żelaznej balustrady ganku, zostawiając go na kolanach w kwietniku niczym ofiarne zwierzę.
Właśnie wtedy mój samochód z piskiem opon wjechał na podjazd, a opony dymiły, gdy przeskoczyłem krawężnik. Wpadłem przez drzwi, sięgając już ręką po ciężki szklany wazon stojący na stole w przedpokoju, by użyć go jako broni.
Zatrzymałem się w miejscu.