Pchałem mojego sedana do 110 mil na godzinę, lawirując w popołudniowym ruchu na autostradzie międzystanowej 95 niczym pocisk kierowany. Moje dłonie bielały na kierownicy, a umysł krążył w chaotycznej pętli krzyku Leo. Przekraczałem granicę prędkości mojej duszy, wyprzedzając cywilizowanego człowieka, którym tak ciężko się stałem.
„Proszę” – wyszeptałem do pustego samochodu, a łzy w końcu zaczęły płynąć. „Proszę, Jackson, bądź tam”.
W domu dynamika władzy zmieniła się tak gwałtownie, że powstała próżnia. Jackson upuścił Chada na podłogę, ale nie skończył. Złapał Chada za nadgarstki i skręcił je za plecami przemysłowymi opaskami zaciskowymi, a plastik wgryzł się głęboko w mięśnie ramion mężczyzny.
Jackson odwrócił się do łóżka. Uklęknął na jedno kolano, a jego postawa w mgnieniu oka zmieniła się z drapieżnika w obrońcę.
„Hej, mały” – powiedział Jackson, a jego głos natychmiast złagodniał i stał się chropawy. „Wujek Jackson jest tutaj. Pamiętasz, co mówił twój tata? O lwach?”
Leo wystawił głowę spod łóżka, szeroko otwierając oczy z mieszaniną przerażenia i nadziei. Zobaczył mężczyznę z naprzeciwka – tego, który zawsze do niego machał.
„Lwy… pilnują bramy” – wyszeptał Leo drżącym głosem.
„Zgadza się” – powiedział Jackson, sięgając pod spód, by delikatnie wziąć Leo w ramiona. Sprawdził nogę chłopca wprawną ręką człowieka, który widział tysiące złamań na piasku. „Jest złamana, Leo. Ale wszystko będzie dobrze. Posadzę cię tutaj na kuchennym blacie i dam ci loda na patyku. Zamknij oczy i policz do dwudziestu. Możesz to zrobić dla mnie?”
„Gdzie jest Chad?” Leo wyszeptał, patrząc w stronę salonu, gdzie mężczyzna jęczał na podłodze.
„Chad po prostu ucina sobie długą drzemkę” – skłamał Jackson, nie spuszczając z niego wzroku.
Zaniósł Leo do kuchni, postawił go na podłodze i podał kartonik soku z lodówki. Potem Jackson wrócił do salonu. Chad próbował się wyczołgać na kolanach, a jego twarz przypominała mapę fioletu i czerwieni od miejsca, w którym spotkał się ze ścianą.