Nie dlatego, że był idealny. Nie był. Tapeta w korytarzu odłaziła. Podłoga w kuchni miała stary ślad przypalenia przy piecu. Fotel rozkładany był wytarty do gładkości na jednym ramieniu. Ale nic w tym domu nie udawało. Wszystko było dokładnie takie, jakie było. Obtłuczony kubek stał przy zlewie, bo wciąż działał. Stare gazety były przywiązane sznurkiem w piwnicy, bo dziadek mawiał, że papier zawsze się przyda. Zegar w kuchni zawsze spieszył się o trzy minuty, bo, jak mawiał, trzy minuty mogły uratować człowieka przed zrobieniem z niego idioty.
Moi rodzice nie cierpieli go odwiedzać. Nazywali go trudnym, co w naszej rodzinie oznaczało każdego, kto nie chciał stać się łatwiejszym w obsłudze dla innych. Moja mama miała jego oczy, ale nie miała jego opanowania. Lubiła jasne emocje, jasne historie i rodzinne wspomnienia z prostymi lekcjami. Dziadek nie miał cierpliwości do udawania i to ją frustrowało.
„Mógłby chociaż spróbować być cieplejszy”.
Mój ojciec był gorszy. Oceniał ludzi statusem, pieniędzmi i przydatnością. Jeśli nie potrafił przekuć czyjegoś życia w osiągnięcie, które szanował, odrzucał go. Dla niego dziadek był po prostu staruszkiem w starym domu, który nigdy nie docenił swojej wojskowej przeszłości.
Mój brat Tyler podążał za rodzinnym nastrojem. Żartował, że szczególnym talentem dziadka jest sprawianie, by w pokoju panował niepokój bez słowa. Ludzie się śmiali. Czasami ja też się śmiałem, nie dlatego, że się z tym zgadzałem, ale dlatego, że byłem na tyle młody, by mylić przynależność z przetrwaniem.
Ale nigdy nie uważałem dziadka za trudnego. Uważałem, że był dokładny. To najlepsze określenie dla niego. Nigdy nie obiecywał niczego, czego nie miał na myśli. Nigdy nie schlebiał. Nigdy nie udawał, że słucha. Jeśli pytał, jak w szkole, tak naprawdę chciał wiedzieć. Jeśli mówiłam, że nienawidzę nauczyciela, nie beształ mnie najpierw. Pytał dlaczego. Jeśli chciałam zrobić coś ryzykownego, nie zatrzymywał mnie od razu. Uczył mnie, jak sprawdzić, czy warto zaufać.