Zaśmiałem się, bo to było najtrafniejsze pytanie, jakie ktokolwiek mógł zadać.
„Okropne”.
„Dobre. To znaczy, że ich użyłeś”.
To był dziadek. Żadnej wielkiej przemowy. Żadnego sentymentalnego przedstawienia. Po prostu trafne pytanie. Za każdym razem, gdy wracałem do domu, pytał o prawdziwe rzeczy. Czy wystarczająco dużo spałem? Czy dobrze się odżywiałem? Czy ufałem ludziom wokół mnie? W jakim stanie było moje ramię? Jaki był mój temperament? Ani razu nie zapytał, czy żałuję swojego wyboru.
Moi rodzice natomiast nigdy nie rozumieli, że mam prawdziwą karierę, a nie tylko mundur. Jeśli mówiłem, że idę na misję, mama kazała mi uważać tym samym tonem, którego używała w czasie złej pogody. Jeśli mówiłem, że dostałem awans, tata pytał, czy to oznacza lepsze zarobki. Moje życie docierało do nich jak wieści z miejsca, którego wcale nie chcieli odwiedzać.
Więc przestałem im o tym opowiadać. Ale nie dziadkowi. Niewiele mówił, ale kiedy mówiłem, słuchał, jakby każde słowo miało znaczenie.
Potem zachorował.
Telefon nie pochodził od mojej mamy. Nie pochodził od mojego ojca. Od pani Kessler, jego sąsiadki.
„Zemdlał w kuchni. Zabrali go do szpitala powiatowego. Kochanie, nie wiedziałam, do kogo innego zadzwonić”.
W ciągu godziny poprosiłam o przepustkę. Droga powrotna do Ohio była rozmazana przez kawę na stacji benzynowej, światła na autostradzie i strach, że trening nie złagodzi tego uczucia. Zadzwoniłam do mamy z drogi. Brzmiała na rozkojarzoną.
„Co mówią lekarze?”