Usiadłem obok niego i wziąłem go za rękę. Powiedziałem mu, że dzwoniłem do mamy, taty i Tylera. Powiedziałem mu, że przyjadą tak szybko, jak tylko będą mogli. Nawet kiedy to mówiłem, nienawidziłem tego, jak fałszywie to zabrzmiało. Lekko pokręcił głową.
„Nie przyjadą”.
Miał rację.
Część 2
Zostałem u niego dwa dni. Dzwoniłem do rodziny bez przerwy. Mama mówiła, że szpitale ją niepokoją. Tata mówił, że w pracy jest dużo pracy, a dziadek pewnie i tak śpi. Tyler powiedział, że ten tydzień był zły i kazał mi dać mu znać, jeśli coś się zmieni, jakby śmierć można było przeorganizować zgodnie z jego harmonogramem. Nikt się nie pojawił.
Pielęgniarka o imieniu Denise była dla niego milsza niż jego własna rodzina. Przyniosła mi krakersy, kiedy zdała sobie sprawę, że żyłam tylko na kawie i gniewie. Starannie poprawiła mu koce. O drugiej w nocy spojrzała na krzesło, na którym próbowałam spać i przemówiła łagodnie, ale stanowczo:
„Można kochać kogoś bez…
Ty też się załam. Idź umyć twarz. Posiedzę z nim.”
Drugiego ranka śnieg sypał słabo za oknem. Dziadek obudził się i ścisnął moją dłoń.
„W szufladzie.”
„Której szufladzie?”
„Sypialnia. W prawym górnym rogu. Chusteczka. Zatrzymaj ją.”
„Co to jest?”
Miał półprzymknięte oczy.