„Jeszcze nie dotarłam”.
„Zadzwoń, jak będziesz wiedziała”.
Ojciec nie odebrał. Tyler napisał SMS-a: „Informuj mnie na bieżąco”, a potem emotikonkę z kciukiem w górę, gdy powiedziałam mu, że to poważna sprawa.
Kiedy dotarłam do szpitala, było tuż po świcie. Parking był mokry od starego śniegu, a w powietrzu unosił się ten ostry, ohiojski chłód, który sprawia, że wiosna wydaje się odległa. W środku pachniało wybielaczem, zwietrzałą kawą i przegrzanym powietrzem. Był na trzecim piętrze.
Kiedy weszłam do jego pokoju, zatrzymałam się gwałtownie. Choroba go skurczyła. Dziadek nigdy nie był rosłym mężczyzną, ale zawsze wydawał się solidny, niczym coś zbudowanego wokół rdzenia, którego nie dało się ruszyć. Na tym szpitalnym łóżku wyglądał na chudego i kruchego, z rurką tlenową pod nosem i dłońmi zbyt lekko spoczywającymi na kocu.
Potem otworzył oczy. Spojrzał na mnie, a kącik jego ust lekko się uniósł.
„Chyba to ty o mnie nie zapomniałeś”.