„Więc” – powiedziałem. „Jesteśmy małżeństwem”.
„Jesteśmy” – skinął głową.
„Zatrudniłeś aktorkę” – powiedziałem, kręcąc głową z niedowierzaniem. „To… szaleństwo”.
„To było skuteczne” – odparł, podchodząc do mnie. „Szukałem cię latami, Mayo. Po wypadku zatrudniłem detektywów. Znalazłem cię dopiero sześć miesięcy temu. Kiedy zobaczyłem, że jesteś zaręczona, wycofałem się. Powiedziałem sobie, że jeśli jesteś szczęśliwa, jestem ci winien trzymanie się z daleka”.
Zatrzymał się przede mną, wyciągając rękę, żeby założyć mi za ucho kosmyk włosów.
„Ale potem go zobaczyłem. Widziałem, jak z tobą rozmawiał na firmowych kolacjach. Widziałem, jak patrzył na inne kobiety. Nie mogłem pozwolić, żeby kobieta, która uratowała mi życie, zniszczyła swoje”.
Dotknął bladej, białej blizny na czole – pamiątki po wypadku.
„Postanowiłem być złoczyńcą, żeby uratować bohatera” – powiedział cicho.
„Nie jesteś złoczyńcą” – powiedziałam ze ściśniętym gardłem. „Jesteś po prostu… niezwykle dramatyczny”.
Zaśmiał się. „Wolę „dokładny”.
„Julian” – zapytałam, patrząc mu w oczy. „Czy to… prawdziwe? Czy może po prostu wdzięczność? Bo nie mogę być przypadkiem charytatywnym”.
Julian spoważniał. Wziął moją dłoń i położył ją na swoim sercu. Czułam, jak bije – pewnie, mocno.
„Wdzięczność to wysłanie kosza owoców” – powiedział. „Poślubić kogoś, przejąć jego długi, zniszczyć jego wrogów i obiecać mu cały świat? To nie jest wdzięczność”.
Pochylił się, opierając czoło o moje.
„Zakochałem się w tobie trzy lata temu, w dymie i ogniu, kiedy powiedziałeś mi, żebym ze mną został. Dopiero teraz ci odpowiadam. Zostaję”.
Łzy znów napłynęły mi do oczu, ale to nie były łzy upokorzenia.