„Lauren” – płakała przez telefon. „Jesteś mądra. Zawsze byłaś. Czy możesz wrócić do domu i nam pomóc?”
Jesteś mądra. Te pięć słów ominęło każdy logiczny mechanizm obronny, który zbudowałam. Spakowałem całe swoje życie do pudeł, ze łzami w oczach pożegnałem się z doktor Rostową i po czternastu godzinach jazdy wróciłem do Iowa z wartym miliard dolarów silnikiem Helix, który spokojnie spoczywał na zaszyfrowanym dysku twardym w plecaku. Posadziłem rodziców, pokazałem im oprogramowanie i powiedziałem, że możemy zbudować imperium.
Zgodzili się zainwestować niewielki spadek po moim ojcu, 150 000 dolarów, żebyśmy mogli zacząć. Założyliśmy firmę. Ojciec nalegał, żeby został prezesem. Matka domagała się stanowiska dyrektora finansowego. Ja byłem jedynie dyrektorem ds. technologii. Nie sprzeciwiałem się. Chciałem tylko, żebyśmy byli rodziną.
Ale gdy pewnej nocy sporządzałem dokumenty rejestracyjne, cichy, opiekuńczy głos w mojej głowie namawiał mnie do zrobienia jednej konkretnej rzeczy. Jednego manewru prawnego, którego moi rodzice nawet nie zadali sobie trudu, żeby przeczytać.
Nie przeczytali dokumentów. Ale trzynaście lat później mieli się dowiedzieć, co to dokładnie oznaczało.
Pierwsze dwa lata w Helixen Biotech były brutalne, piękne i całkowicie spoczęły na moich barkach.
Pracowałem morderczo po szesnaście godzin dziennie w tanim, wynajętym biurze, położonym bezpośrednio nad zakurzonym sklepem z narzędziami przy Main Street w Cedar Falls. Biuro nie miało działającej klimatyzacji, dach przeciekał brązową, rdzawą cieczą za każdym razem, gdy padał deszcz, i dokładnie trzy biurka. Siedziałem przy jednym. Dwóch błyskotliwych, młodych programistów, których udało mi się zrekrutować – niezwykle inteligentny specjalista od bioinformatyki o nazwisku Taylor Evans i cichy, niezwykle skupiony na uczeniu maszynowym absolwent o nazwisku David Hayes – siedziało przy pozostałych dwóch.
Wspólnie, we trzech, stworzyliśmy od podstaw komercyjną, korporacyjną wersję Helix Engine.
Mój ojciec, Arthur, tak zwany „Prezes”, przychodził do biura może dwa razy w tygodniu. Przechadzał się w swoich wyprasowanych garniturach, wpatrywał się tępo w nasze skomplikowane ekrany terminali, nie rozumiejąc ani jednej linijki architektury Pythona, kiwał głową z udawaną powagą i wychodził na dwugodzinny lunch. Większość czasu spędzał w lokalnym klubie golfowym, rozdając wizytówki z wytłoczonym złotym napisem i chwaląc się każdemu, kto chciał słuchać, że jest pionierem biotechnologii.
Moja mama, Margaret, „dyrektor finansowy”, przychodziła raz w miesiącu. Zerkała na stan konta, pytała, kiedy będziemy bogaci, a potem spieszyła, żeby wyciągnąć mojego brata Brandona z wszelkich drobnych kłopotów prawnych lub finansowych, w jakie wpadł w tym tygodniu.
W tamtych czasach Taylor i David byli moją jedyną prawdziwą rodziną. Debugowaliśmy nawzajem swój kod w całkowitej ciszy. Jedliśmy zimną pizzę pepperoni o północy, zaciekle debatując nad wydajnością algorytmów, aż nasze głosy chrypły.
Do końca 2015 roku osiągnęliśmy niemożliwe. Helix Engine w wersji 2.0 był gotowy. Potrafił on wziąć docelowe białko nowotworowe, dynamicznie modelować jego interakcje z dziesiątkami tysięcy kandydackich cząsteczek jednocześnie i uszeregować je według przewidywanej skuteczności i biodostępności w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin. Nie byliśmy tylko szybszym narzędziem programistycznym. Byliśmy globalną zmianą paradygmatu.
Poleciałem do Bostonu i przedstawiłem ofertę ogromnej firmie farmaceutycznej. Przeprowadziłem symulację na żywo ich danych z badań nad rakiem, które zostały wstrzymane. Kiedy moje oprogramowanie zidentyfikowało trzech wysoce realnych kandydatów molekularnych, których nie mogli znaleźć przez lata, ich dyrektor naukowy wstał, blady i drżący, i zapytał: „Jak szybko możemy podpisać umowę?”.