W domu było duszno, ciężko i głucho. Wyłączyli klimatyzację, żeby zaoszczędzić kilka dolarów, podczas gdy wypoczywali w luksusie. Potykając się w ciemności, uderzałam pięściami w ścianę, aż znalazłam włącznik światła.
Nagłe światło ukazało salon zaprojektowany tak, by dawać iluzję idealnej rodziny. Ale moje oczy, wyćwiczone latami analizowania fasad domów, natychmiast skupiły się na ścianie galerii w korytarzu. Było tam piętnaście oprawionych w ramy zdjęć, idealnie ustawionych. Trzynaście przedstawiało Leo, ich jedenastoletniego biologicznego syna – Leo na boisku piłkarskim, Leo na obozie kosmicznym, Leo stojący między Julianem a Catherine przed Zamkiem Kopciuszka.
Maja pojawiła się dokładnie na dwóch zdjęciach. Na jednym była umieszczona na samym skraju kadru, pół kroku za pozostałymi. Na drugim światło całkowicie przesłoniło jej twarz. Wyglądała jak chwilowy gość we własnym życiu.
Pobiegłam do kuchni po wodę i stanęłam jak wryta. Na nieskazitelnej granitowej wyspie stała dwudziestoletnia
Bill z ollar, butelka zwykłego leku przeciwgorączkowego dla dzieci i kawałek spersonalizowanej papeterii.
Złapałam liścik.
Maya, przestań dramatyzować. Położyłam lekarstwo tutaj. Jeśli ci się rozgrzeje, zażyj je i idź spać. Zabieramy Leo na jego Dream Cruise, bo zasłużył na podróż bez rozpraszaczy. Nie przeszkadzaj pani Gable z sąsiedztwa, chyba że dom dosłownie stoi w płomieniach. Nie psuj bratu tego tygodnia.
Na podłodze pod stołkiem leżał cyfrowy termometr. Podniosłam go i nacisnęłam przycisk przywołania. Na maleńkim ekranie pojawiła się neonowoczerwona liczba: 103,5°F.
Zmierzyli jej temperaturę. Zauważyli, że jest niebezpiecznie chora. A potem spakowali bagaż Louis Vuitton, zamknęli drzwi i pojechali na lotnisko.
„Maya!” ryknęłam, upuszczając termometr i wbiegając po wyłożonych wykładziną schodach.
Otworzyłam drzwi do jej sypialni. Upał w tym małym pokoju na piętrze był duszący. Maya leżała zwinięta w ciasny, drżący kłębek na cienkiej kołdrze. Jej skóra miała przerażający, półprzezroczysty odcień szkarłatu, a loki przykleiły się do czoła zaschniętym potem.
„Maya, to dziadek. Spójrz na mnie” – błagałem, padając na kolana przy jej łóżku.