Dotknąłem jej policzka, a moja dłoń instynktownie się cofnęła. Bił od niej żar jak z pieca. Jej oczy zatrzepotały, ale były mleczne i nieostre, lekko się cofając. Była uwięziona głęboko w labiryncie gorączkowego snu.
„Nie będę kaszleć” – mruknęła, ściskając rąbek mojej flanelowej koszuli małymi dłońmi. „Przepraszam, że zepsułam wyjazd. Będę w ciemności. Obiecuję”.
Moja klatka piersiowa skurczyła się tak gwałtownie, że myślałem, że pękną mi żebra. Historie, które dzieci opowiadają sobie, żeby usprawiedliwić własne znęcanie się, złamałyby twoją wiarę w ludzkość, gdybyś im na to pozwolił. Ona szczerze wierzyła, że jej choroba była moralną porażką, która usprawiedliwiała jej porzucenie.
Nie zawracałem sobie głowy pakowaniem torby. Pobiegłem do sąsiedniej łazienki, namoczyłem ręcznik w zimnej wodzie i owinąłem go wokół jej płonącej szyi. Podniosłem ją. Ważyła praktycznie nic, kruchy zbiór kości i niewyobrażalnego bólu.
Zniosłem ją po schodach, kopiąc za sobą drzwi wejściowe. Zasłona sąsiada drgnęła po drugiej stronie ulicy. Ktoś obserwował, milczący obserwator z przedmieścia, któremu prawdopodobnie powiedziano, żeby nie interweniował. Nie obchodziło mnie to. Moim jedynym celem było utrzymanie dziecka w moich ramionach, przywiązanego do żywych.
Delikatnie położyłem ją na tylnym siedzeniu mojego sedana, ale gdy zapiąłem pas, ciało Mai nagle zesztywniało. Jej szczęka zacisnęła się, plecy wygięły się nienaturalnie, a oczy przewróciły się całkowicie. Miała drgawki gorączkowe, tuż tam, na ciemnym podjeździe, a najbliższy szpital był jeszcze dwanaście mil stąd, boleśnie przerażony.
Nigdy nie jechałam z tak lekkomyślną, wykalkulowaną desperacją. Podróż do North Georgia Medical Center to była mgła przejeżdżania na czerwonym świetle i naciskania klaksonu, a mój wzrok błądził między drogą a lusterkiem wstecznym, gdzie Maya miała gwałtowne drgawki.
Zaparkowałam samochód na stanowisku ratunkowym, kopniakiem otworzyłam drzwi i wyniosłam ją na ostry, jarzeniowy oddział ratunkowy. „Potrzebuję pomocy!” – krzyknęłam, a mój głos odbił się echem od linoleum. „Ma drgawki! Jest spalona!”.
Pielęgniarki rzuciły się na nas jak zsynchronizowana grupa uderzeniowa. Wzięły ją z moich ramion, posyłając na nosze i znikając za podwójnymi drzwiami.
Opadłam na twarde plastikowe krzesło w poczekalni, ręce mi drżały. Spojrzałam na swoje dłonie. Były śliskie od potu mojej wnuczki. Po raz pierwszy od trzydziestu lat zamknąłem oczy i modliłem się do Boga, w którego nie byłem już do końca pewien, czy wierzę.
Minęła godzina. Potem dwie. Poczekalnia pachniała antyseptykiem i zwietrzałą kawą, sterylnym czyśćcem. W końcu podszedł do mnie lekarz w niebieskim fartuchu, z twarzą pełną wyczerpanej, zawodowej furii.
„Panie Collins?” zapytał dr Aris. „Jestem lekarzem prowadzącym”.