Niedziela nadeszła z ciężką, wilgotną zapowiedzią letniej burzy. Nie zabrałem Mai z powrotem do tego podmiejskiego więzienia. Zatrzymałem ją w swoim domu w Decatur, pod opieką sąsiada Thomasa, który częstował ją niekończącymi się kreskówkami i domową zupą.
Ja jednak wróciłem do Marietty. Zaparkowałem na podjeździe Juliana, otworzyłem drzwi wejściowe i usiadłem pośrodku ich perfekcyjnie urządzonego salonu. Na stoliku kawowym przede mną leżał schludny stosik dokumentów: nakaz opieki w nagłych wypadkach podpisany przez sędziego sądu wyższej instancji, karty przyjęć do szpitala, rachunki z apteki i wydrukowana kopia broszury rejsu premium Gilded Seas.
O 16:15 luksusowy limuzyna podjechała pod krawężnik.
Obserwowałem przez firanki, jak Julian, Catherine i Leo wychodzą. Byli muśnięci słońcem, śmiali się i ciągnęli drogie torby z zakupami w sklepie wolnocłowym. Leo miał na głowie pluszowy kapelusz kapitański. Wyglądali jak kwintesencja amerykańskiego snu – olśniewający, odnoszący sukcesy i całkowicie moralnie zbankrutowani.
Drzwi wejściowe się otworzyły. Julian wszedł, rzucając klucze na konsolę. „Maya? Przynieśliśmy ci koszulkę!” – zawołał, a jego teatralna radość zgrzytnęła mi bębenkami w uszach.
Wtedy zobaczył mnie siedzącą w fotelu. Zamarł.
„Tato? Co ty tu robisz po ciemku? Gdzie jest Maya?”
Catherine stanęła za nim, a jej uśmiech natychmiast ustąpił miejsca grymasowi irytacji. „Steven, mówiłam ci, żebyś nie robił z tego wielkiej sprawy. Po prostu miała wirusa. Zawsze ją rozpieszczasz”.
Powoli wstałem. Nie krzyczałem. Człowiek, który ma wszystko w garści, nigdy nie musi podnosić głosu.
„Usiądź” – rozkazałem. To nie była prośba, to było polecenie z ławy.
Julian, wyczuwając zmianę ciśnienia atmosferycznego w pomieszczeniu, powoli opadł na krawędź sofy. Catherine nadal stała, krzyżując ramiona w geście obronnym.
„Nie żartuję, Steven. Cały dzień podróżowaliśmy” – warknęła Catherine. „Gdzie jest moja córka?”
„Jest w Decatur, dochodzi do siebie po niemal śmiertelnym ataku gorączkowym” – powiedziałem martwym i beznamiętnym głosem.
Opalona twarz Juliana zbladła. „Atak? Co… o czym ty mówisz? Po prostu było jej trochę ciepło, kiedy wychodziliśmy”.
Podniosłem cyfrowy termometr ze stolika kawowego i rzuciłem nim. Wylądował na kolanach Juliana. „Zostawiłeś termometr na podłodze, który wskazywał 39,5 stopnia Celsjusza. Zostawiłeś ośmioletnie dziecko płonące żywcem w domu bez klimatyzacji”.
Podniosłem stos papierów i rzuciłem je na szklany stół.
„Oto raport z izby przyjęć” – kontynuowałem, wskazując na dokumenty. „Silne odwodnienie. Temperatura 104,2. Lekarz prowadzący złożył zawiadomienie o narażeniu dziecka na niebezpieczeństwo. A oto twój plan podróży na Złote Morza za 20 000 dolarów”.
Catherine zrobiła krok naprzód, a panika w końcu przebiła się przez arogancję. „Nic jej nie było! Zostawiliśmy medycynę! Przekręcasz to, żebyśmy wypadli źle!”
„Wydałaś dwadzieścia tysięcy dolarów, żeby kupić uśmiech jednemu dziecku” – powiedziałem, nachylając się tak blisko, że poczułem zapach kokosowego kremu przeciwsłonecznego na jej skórze – „ale nie mogłaś wydać dwudziestu dolarów i odrobiny ludzkiej przyzwoitości, żeby uratować życie drugiego. Nie faworyzujesz nikogo, Catherine. Jesteście usiłowaniami morderstwa”.
Julian zakrył twarz.
w jego dłoniach, wydając z siebie urywany, żałosny szloch. „Tato, proszę. Nie wiedzieliśmy. Myśleliśmy, że udaje, żeby zepsuć Leo wyjazd. Zawsze potrzebuje tyle uwagi”.
„Potrzebowała matki i ojca” – odparłem, zniesmaczony jego tchórzostwem. „A skoro ich nie ma, ma mnie”.