Zobaczyłem małego chłopca, którym kiedyś był. Tego, który biegł do mnie ze śmiechem. Tego, który zasypiał mi na ramieniu.
Ale obraz zniknął.
Zastąpił go ten z poprzedniego dnia.
Jego dłonie.
Jego ciosy.
Jego zimne spojrzenie.
Na chwilę zamknąłem oczy.
Potem otworzyłem je z powrotem.
„Już to zrobiłeś”.
Cofnął się, jakby uderzony tymi słowami.
„Ja… ja byłem zirytowany…”
„Trzydzieści razy”.
Spuścił wzrok.
Jego żona jednak zmieniła ton.
„Dobra, wystarczy. Znajdziemy rozwiązanie. Możemy zostać kilka dni, prawda? Tylko tyle, żeby się zorganizować”.
Nie odpowiedziałem od razu.
Potem powiedziałem:
„Nie”.
„Co masz na myśli, mówiąc „nie?”
„Masz czas do wieczora.”
„Ale nie mamy dokąd pójść!”
Spojrzałem jej prosto w oczy.
„Ja też nie… wczoraj.”
Te słowa ucięły dalszą dyskusję.
Następne godziny były… dziwne.
Zaczęli zbierać swoje rzeczy. W ciszy.
Nie było już krzyków.
Nie było już rozkazów.
Po prostu… szybkie, chaotyczne ruchy.
Strach zastąpił arogancję.