Usiadłem w kącie.
Obserwowałem.
Nie z nienawiścią.
Nie z przyjemnością.
Po prostu… z ogromnym zmęczeniem.
Około południa przyszedł mój syn i usiadł naprzeciwko mnie.
Przez długi czas milczał.
Potem cicho:
„Dlaczego nie odezwałaś się wcześniej…?”
Spojrzałem na niego.
„Bo miałem nadzieję, że zrozumiesz beze mnie.”
Zacisnął pięści.
„Ja… popełniłem błąd”.
Nie odpowiedziałem.
„Zmienię się”.
Cisza.
„Obiecuję”.
Zamknąłem oczy na sekundę.
Ile razy już obiecywał, kiedy był młodszy?
Żeby ciężej pracować.
Być bardziej ostrożnym.
Być szanowanym.
Obietnice… są łatwe.
Ale czyny…
Powoli wstałem.
„Mam nadzieję”.
Uniósł głowę.