Nie markowe torebki, na które Violet polowała od miesięcy. Nie ta szkatułka na biżuterię, którą otwierała, kiedy myślała, że śpię. Nie laptop, którego chciała, bo mój był nowszy, szybszy i droższy.
Tylko ubrania. Mój paszport. Dokumenty medyczne. Naszyjnik taty.
Wszystko inne pozostało dokładnie na swoim miejscu.
Na dole Violet już świętowała.
„W końcu nauczyła się, gdzie jej miejsce” – oznajmiła głośno.
Mama odpowiedziała: „Wróci na czworaka przed świtem”.
Stałam w milczeniu na korytarzu, nasłuchując. Gaza zakryła mi teraz twarz, krem na oparzenia koił uszkodzoną skórę. Lekarz z pogotowia ratunkowego sfotografował moje obrażenia i w oficjalnym raporcie, w którym znalazło się imię i nazwisko mojej mamy, napisał „urazy termiczne spowodowane gorącym płynem”.
Ten raport już leżał w skrzynce odbiorczej mojego prawnika.
Kiedy zeszłam na dół, mama ledwo na mnie spojrzała.
„Klucze” – zażądała.
Położyłam jeden klucz na stole.
Violet natychmiast zmarszczyła brwi. „To nie kluczyk do samochodu”.
„To klucz do pokoju gościnnego”.