Mój mąż, Caleb Morrison, spał obok mnie w naszym domu na obrzeżach Arlington w Wirginii. Deszcz nieubłaganie bębnił o okna sypialni, a elektroniczna niania na mojej szafce nocnej świeciła na zielono od pustego pokoju naszego syna. Noah spędzał weekend z rodzicami Caleba, co było jedynym powodem, dla którego w ogóle udało mi się zasnąć.
Kiedy zobaczyłam imię mojej siostry, podniosłam się z podłogi.
Mara.
Mara pracowała dla FBI. Nigdy nie dzwoniła tak późno, chyba że ktoś umarł albo miało się wydarzyć coś strasznego.
Odpowiedziałam szeptem. „Mara?”
Jej głos był napięty. „Słuchaj uważnie. Wyłącz wszystko. Telefon, światła, wszystko. Idź na strych, zamknij drzwi i nie mów Calebowi”.
Przeszedł mnie dreszcz. „Co?”
„Teraz, Elise”.
Zerknęłam na męża. Leżał tyłem do mnie, oddychając powoli i miarowo.
„Przerażasz mnie” – wyszeptałam.
Głos Mary zmienił się w krzyk. „Po prostu to zrób!”
Ruszyłam się, zanim zdążyłam zapytać.
Wstałam z łóżka, bez namysłu chwyciłam ładowarkę do telefonu i wymknęłam się na korytarz. Za mną Caleb się poruszył.
„Elise?” – mruknął.
Zamarłam.
„Idę po wodę” – powiedziałam.
Nie odpowiedział.