„Zawieziesz tym samochodem z powrotem na mój podjazd przed południem” – rozkazał.
„Nie”.
„Natalie”.
„Nie”.
„Jestem twoim ojcem!” – ryknął, a dźwięk zniekształcił głośnik telefonu.
„Jestem w pełni świadomy naszej biologii”.
„Nie traktujesz tak mężczyzny, który cię wychował!”
Otworzyłam oczy, wpatrując się w drobinki kurzu tańczące w teksańskim słońcu. „A jak właściwie ojciec traktuje swoją jedyną córkę?”
Nie miał natychmiastowej kontratakującej odpowiedzi. Nie miał w sobie żadnej ostrej obelgi, żadnego ciętego żartu, żadnego słownego ciosu, który mógłby mi wbić między żebra.
„Ojciec” – odpowiedziałem za niego w ciszy – „nie staje na czele stołu, nie wznosi kieliszka wina i publicznie nie piętnuje swojego dziecka jako idioty za próbę okazania mu miłości”.
„To był niewinny żart!”
„Sala się śmiała”.
„To typowa reakcja człowieka na puentę!”
„Nie śmiałem się”.
„Bo nie masz absolutnie żadnej zdolności do śmiania się z siebie!” – zadrwił.
„Nie” – odpowiedziałem, a mój głos zniżył się do lodowatego szeptu. „Po prostu nie mam już siły, by tolerować twoje okrucieństwo”.
Wydał ostry, pełen obrzydzenia dźwięk z głębi gardła. „Zawsze byłeś w głębi duszy studentem teatru. Takim cholernie dramatycznym”.
„I zawsze opierałeś całą swoją osobowość na założeniu, że nigdy nie odejdę”.