Taksówka zawiozła nas na wschodnie przedmieścia. Moja mama mieszkała kiedyś w Montreuil, w małym, starym mieszkaniu, niedużym, ale czystym. Przynajmniej tak nam się zdawało.
„Widziałaś mój ostatni przelew?” – zapytała Mélanie. „Osiemset euro na jej urodziny”.
„Tak” – odpowiedziałam. „Wujek René przysłał mi zdjęcie. Powiedział, że zjedli rodzinny obiad”.
Lucas skinął głową.
„Wysłałem dodatkową na święta. Powiedział, że chce wymienić starą lodówkę”.
Obserwowałem mijane budynki za oknem.
„W ciągu pięciu lat musieliśmy wysłać razem ponad sto tysięcy euro”.
Mélanie westchnęła.
„Zasłużyła na to. Po tym wszystkim, co dla nas poświęciła”.
Ale im dalej jechała taksówka, tym bardziej coś wydawało się nie tak.
Ulice stawały się coraz węższe. Fasady brudniejsze. Okiennice połamane. Chodniki zniszczone. Potem zjechaliśmy z głównych dróg i wjechaliśmy w dzielnicę, której nie rozpoznawałem.
„Raphaël…” mruknął Lucas. „To nie adres mamy”.
Spojrzałem na telefon.
„To adres, który podał mi René”.
Taksówka zatrzymała się przed błotnistą ślepą uliczką, wciśniętą między pusty plac a zabite deskami budynki. Stało tam kilka prowizorycznych szałasów, skleconych z desek, falistej blachy i niebieskich plandek. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, stęchłego dymu i ścieków.
Mélanie zbladła.