I wtedy mój świat się zawalił.
W kącie pokoju, na materacu tak cienkim, że można było
Prawie słyszałam przez nią podłogę; pod dziurawym kocem leżała kobieta.
Chuda kobieta.
Za chuda.
Jej policzki były zapadnięte, dłonie kościste, włosy prawie białe. Skóra wydawała się przezroczysta. Usta ledwo się poruszały.
Przez kilka sekund nie mogłam rozpoznać matki.
Mój mózg mówił nie.
To nie była ona.
To nie mogła być ona.
„Mamo…” – wyszeptałam.
Jej powieki zadrżały. Powoli otworzyła oczy.
Kiedy mnie zobaczyła, jej wzrok się zamglił.
„Raphael?” – mruknęła. „Czy ja śnię?”
Uklękłam obok niej.
Jej dłoń w mojej była zimna, lekka jak papier.
„Nie, mamo. To ja. Jesteśmy tutaj. Melanie jest tutaj. Lucas też.”
Mélanie już płakała, pochylając się nad nią.
Lucas stał jak skamieniały, z bladą twarzą.
Rozejrzałam się. Nic nie było. Żadnego ogrzewania. Żadnej prawdziwej kuchni. Żadnego jedzenia, poza kawałkiem czerstwego chleba na obtłuczonym talerzu.
„Mamo… kiedy ostatnio jadłaś?” zapytała Mélanie łamiącym się głosem.
Mama odwróciła wzrok.
„Wczoraj. Sąsiadka dała mi zupę”.
Była prawie druga.