„Nie… to niemożliwe”.
Zapłaciłem taksówkę, nie rozumiejąc. Ręce już mi drżały.
Przed drewnianymi drzwiami siedziała starsza kobieta z wiadrem wody u stóp. Długo nam się przyglądała.
Podszedłem.
„Przepraszam panią… Czy zna pani Madeleine Moreau?”
Jej twarz natychmiast się zmieniła.
Otworzyła oczy, a potem napełniły się łzami.
„Czy jesteście jej dziećmi?”
Poczułem, jak serce mi zamiera.
„Tak”.
Zakryła usta dłonią.
„Boże… moje biedne dzieci… dlaczego nie przyjechaliście wcześniej?”
Melanie zrobiła krok naprzód.
„Gdzie jest nasza matka?”
Staruszka wskazała na koniec ślepej uliczki.
„Tam. Ale bądźcie przygotowani”.
Nie czekaliśmy.
Pobiegliśmy.
Chata była malutka. Za dach służyła plastikowa plandeka. Drzwi były tylko starą, krzywo podpartą płytą. W środku było ciemno, zimno i wilgotno.
Melanie weszła pierwsza.
Potem krzyknęła.
„Mamo!”
Pobiegłam za nią.