Albo:
„Damien nie krzyczał dziś na spotkaniu. Słuchał. Możesz w to uwierzyć? Może w końcu jakaś jego część się uczy”.
Nie wiem, czy ktokolwiek mnie słyszał.
Nie wierzę już w wielkie cuda.
Ale wierzę w ślady. W to, jak miłość przetrwa w decyzjach, które podejmujemy po śmierci kogoś bliskiego.
Czasami Damien i ja wpadaliśmy na siebie w innych miejscach niż sale konferencyjne. Kiedyś, kilka miesięcy po restrukturyzacji, spotkaliśmy się na cmentarzu Loyasse. Wychodziłem. On szedł z bukietem białych lilii w dłoni.
Zatrzymaliśmy się kilka metrów od siebie.
„Witaj” – powiedział.
„Witaj”.
Nie uścisnęliśmy sobie dłoni ani się nie uściskaliśmy. Ale panowało między nami ciche porozumienie. Dotarliśmy do tego samego miejsca. Rozmawialiśmy z tym samym kamieniem. Dzieliliśmy tę samą nieobecność.
„Jak tam firma?” – zapytałem.
„Stabilnie” – odpowiedział. „Nawet lepiej. Nowe systemy… są w sam raz”.
Zrobił pauzę.
„Dziękuję, że nie
„Nie zniszczyłem tego”.
„Nie zrobiłem tego dla ciebie” – powiedziałem.
Skinął głową.
„Wiem. Po prostu staram się… być mężczyzną, którego, jak myślała, we mnie widziała”.
„Spóźniłeś się” – odpowiedziałem. „Ale próbowanie i tak jest lepsze niż poddanie się”.
Smutno się uśmiechnął i ruszył dalej w stronę grobu. Tego dnia nie poszedłem za nim. Niektóre chwile należą do mężczyzny sam na sam ze swoimi wspomnieniami.
Ja natomiast pielęgnowałem swoje własne rytuały.
W każdą niedzielę rano chodziłem do Laury ze świeżymi kwiatami. Czasem z białymi różami, czasem z rustykalnym bukietem kupionym w starej kwiaciarni w okolicy. Czyściłem nagrobek, usuwałem zwiędłe liście, a potem siadałem na małej ławeczce obok.
Opowiadałem jej o minionym tygodniu.
O rodzinach, które poznałem.
O projektach, które wspierałem.
O życiu lekko zakłóconym przez sam fakt, że jej imię widniało na drzwiach.
Z czasem gniew zrodzony w kościele ostygł. Nie zniknął, ale zmienił charakter. Stał się spokojniejszą siłą. Rodzajem wewnętrznej jasności.
Czasami wracam myślami do tej chwili, gdy Damien, między świecami a witrażami, powiedział mi:
„Masz dwadzieścia cztery godziny, żeby opuścić mój dom”.
Wtedy to zdanie brzmiało jak potępienie.
Dziś widzę to inaczej.