W jego głosie nie było ciepła. Żadnego wspólnego żalu. Ani krzty uznania dla tego, co oboje straciliśmy. Tylko zimny pragmatyzm, jak przełożony wzywający pracownika.
Poszedłem, bo nie miałem już sił, żeby zrobić inaczej.
Odeszliśmy od ostatnich gości i zatrzymaliśmy się w bocznej nawie, niedaleko starego drewnianego konfesjonału, który pachniał woskiem i kurzem. Światło z witraży padało na kamienne płyty czerwonymi i niebieskimi plamami. Przez chwilę myślałem, że w końcu powie coś ludzkiego. Coś o Laurze. Coś o tym, jak przetrwać nadchodzące dni.
Zamiast tego zostawił mnie z wyrokiem, który będę nosił w sobie do końca życia.
„Masz dwadzieścia cztery godziny, żeby opuścić mój dom”.
Słowa nie wyrwały się z gardła. Padły z lodowatą precyzją werdyktu.
Nie podniósł głosu. Nie było w nim gniewu, tylko czyste, jasne, administracyjne upoważnienie. Decyzja już złożona, już podjęta. Mówił do mnie jak człowiek zamykający sprawę.
Coś gwałtownie ścisnęło mnie w piersi.
Nie byłam zaskoczona. Okrucieństwo Damiena nigdy nie było głośne. Zawsze było czyste, opanowane, niemal eleganckie. Ale nawet znając mężczyznę, którym się stał, jakaś część mnie nie chciała uwierzyć, że mógł wybrać ten moment, ten sam dzień, w którym Laure została pochowana.
Kontynuował, jakby recytował przygotowany tekst.
„Dom jest na moje nazwisko” – powiedział neutralnym tonem. „Potrzebuję przestrzeni. Nie zniosę… kolejnych komplikacji. To nie jest dobre ani dla mnie, ani dla tego, co będzie dalej”. „Najlepiej będzie, jeśli znajdziesz sobie inne miejsce do życia”.
Nie wahał się. Nie odwrócił wzroku. Nie przeprosił.
Obserwowałam go przez długi czas. Naprawdę obserwowałam.
Ten szyty na miarę garnitur. Wypolerowane buty. Szwajcarski zegarek, którym popisywał się od lat. Zmarszczka między brwiami, starannie wymierzona, akurat na tyle, by sprawiać wrażenie afektowanego, nie tracąc przy tym panowania nad sobą. A w mojej pamięci znów pojawiły się kolacje w tym domu w Sainte-Foy-lès-Lyon. Ciężkie milczenie. Zaniepokojone spojrzenia Laure, gdy atmosfera między nami stawała się napięta.
Coś twardego zaczęło się we mnie formować. Może gniew. Może jakaś jasność umysłu zrodzona z serca żalu.
Ale to nie było krzykiem.