Jak szybko kręci się świat.
Zaproponowałem, żebyśmy spotkali się w małym biurze, z którego czasami korzystałem nad piekarnią w 6. dzielnicy. W neutralnym miejscu. Nie w jego domu. Nie w dawnym domu Laure. W miejscu, gdzie moglibyśmy rozmawiać o interesach bez duchów przeszłości, które by nas rozdzielały.
Kiedy wszedł, był już przebrany.
Jego garnitur wciąż był nienaganny, owszem, ale jego opanowanie zniknęło. Jego włosy były mniej zadbane. W oczach widniały ślady kilku nieprzespanych nocy. Usiadł ostrożnie, jakby krzesło miało się pod nim zawalić.
„Dziękuję, że mnie pan przyjął” – powiedział, nie patrząc mi prosto w oczy.
„W dniu pogrzebu nie pozostawił mi pan wielkiego wyboru” – odpowiedziałem spokojnie. „Więc tym razem uznałem, że słuszne będzie, abym to ja zdecydował o czasie i miejscu”.
Lekko się wzdrygnął.
Przypomniał sobie.
Kościół. Witraże. Konfesjonał. Jego głos: „Ma pan 24 godziny, żeby opuścić mój dom”.
„Byłem… pod presją” – mruknął. „Nie myślałem trzeźwo”.
„Presja nie zmienia tego, kim jesteśmy” – powiedziałam. „Ujawnia to”.
Spojrzał na swoje dłonie. Drżały.
„Popełniłem błędy. Wiem. Po Laure… straciłem równowagę. Chciałem odzyskać nad czymś kontrolę. Domem, firmą, wszystkim…”
Głos mu się załamał.
Spojrzałam na niego bez słowa.
Myślałam, że go znienawidzę. Długo byłam o tym przekonana. Wierzyłam, że jeśli nadejdzie moment, w którym będę mogła go zmiażdżyć, zrobię to bez mrugnięcia okiem. Ale patrząc mu w oczy, nie czułam tej mrocznej przyjemności, jaką czasem przynosi zemsta. Czułam przede wszystkim ogromne zmęczenie. I jeszcze większe rozczarowanie.
Miał Laure.
Miał jej zaufanie, jej inteligencję, jej cierpliwość, jej miłość.
A on to wszystko brał za pewnik.
„Wiesz, dlaczego tu jesteś” – powiedziałam w końcu.
Skinął głową.
„Prawnicy powiedzieli mi, że… że posiadasz…”
„Osiemdziesiąt cztery procent udziałów w firmie” – dokończyłam za niego. „Tak”.
Uniósł na mnie wzrok, wreszcie szczery, pozbawiony arogancji.
„Nie wiedziałem” – wyszeptał. „Przysięgam, że nie wiedziałem. Myślałem, że… że ja…”