Spałam w małym hotelu niedaleko dworca kolejowego Lyon-Part-Dieu. Pokój był ciasny, materac zbyt twardy, ale pościel czysta. Przez okno widziałam tory, a z każdym przejeżdżającym pociągiem szyby lekko się trzęsły. Leżąc w ciemności, myślałam o wszystkim, co straciłam w ciągu zaledwie kilku dni: córkę, dom, kruchą iluzję rodziny, która wciąż istnieje.
Damien myślał, że wygrał.
Myślał, że mnie upokorzył, wymazał, wygnał ze swojego życia na zawsze.
Nie wiedział, że od pierwszego dnia byłam milczącą towarzyszką w jego przedsięwzięciu.
CZĘŚĆ 2
Prawie nie spałam.
Żal nie daje ukojenia. Raz po raz odżywają wspomnienia, aż stają się wyraźniejsze niż teraźniejszość. Jednak w pewnym momencie, między turkotem dwóch pociągów, wyczerpanie nagle uśpiło mnie.
Kiedy się obudziłam, blade światło sączyło się przez zasłony. Przez kilka sekund doświadczyłam tego okrutnego wytchnienia, kiedy umysł nie do końca jeszcze pojął katastrofę. Wtedy prawda uderzyła mnie znienacka.
Laure nie żyła.
Powoli usiadłam. Mała walizka stała na krześle, a na niej jej zdjęcie z dzieciństwa. Podniosłem ją i długo się jej przyglądałem.
„Zrobiłem, co mogłem” – mruknąłem.
Rano, po czarnej kawie w hotelowym pokoju wspólnym, poszedłem usiąść w bistro po drugiej stronie ulicy. Życie na zewnątrz toczyło się z niemal obraźliwą obojętnością: dyrektorzy szli energicznym krokiem, przejeżdżały autobusy, matka ciągnęła dziecko za rękę, student śmiał się do telefonu.
Wyjąłem komórkę.
Czekało na mnie kilka kondolencji. Kuzyn. Dwóch byłych kolegów. Sąsiad. Nikomu nie odpisałem.
Zamiast tego, przeglądałem kontakty, aż znalazłem konkretne nazwisko: Renaud Lemaire.
To nie była impulsywna decyzja. Wszystko zostało ustalone lata wcześniej, na spotkaniach, w których Damien uczestniczył, nie słuchając, podpisując dokumenty z roztargnioną niecierpliwością mężczyzn przekonanych, że szczegóły prawne to tylko sprawa innych ludzi. Nie mieszałem się w to, bo Laure mnie o to prosiła. Chciała pokoju, a nie wojny.
„Tato, proszę, nie komplikuj sytuacji. Jest pod presją. Pozwól mi się tym zająć” – powtarzała mi nie raz.
Szanowałem jej wolę.
Ale Laure nie było już przy nas, żeby nas rozdzielić.
Zadzwoniłem.
„Antoine” – odpowiedział pan Lemaire głębokim, ciepłym głosem. „Właśnie miałem się z tobą skontaktować. Słyszałem o Laure. Bardzo mi przykro”.
„Dziękuję” – odpowiedziałem. „Potrzebuję tego. I musimy też otworzyć akta firmy. Czas przypomnieć Damienowi o kilku faktach, o których najwyraźniej zapomniał”.
Po drugiej stronie linii zapadła krótka cisza.
Po chwili jego głos stał się wyraźniejszy.
„Rozumiem. Przygotowuję wszystko”.