Tydzień później zadzwonił telefon Damiena.
Oczywiście mnie tam nie było, ale bez trudu wyobraziłem sobie tę scenę. Jego przeszklone biuro. Pewna siebie postawa. Mechaniczny gest, z jakim odbierał telefon, przekonywał, że chodzi o formalność, którą mógł załatwić gestem lub poleceniem.
Zamiast tego usłyszał słowa, które pozbawiły go wszelkiej barwy.
Firma nie traciła czasu na wstępy.
„Panie Vasseur, w związku z nadchodzącą restrukturyzacją podpis większościowego akcjonariusza jest niezbędny”. „Ale zgodnie ze statutem i dokumentami rejestrowymi pan Antoine Delmas posiada osiemdziesiąt cztery procent akcji spółki”.
Wyobrażam sobie ciszę, która zapadła. Tę absolutną ciszę, w której człowiek słyszy bicie własnego serca.
A potem panika.
Prawdziwa panika. Taka, która zaczyna się w żołądku i podchodzi do gardła. Taka, która zmusza do gorączkowego przeszukiwania akt, starych umów, protokołów, e-maili, których nigdy nie przeczyta się do końca. Wszystko było tam, czarno na białym. Przeniesienia akcji. Klauzule ochronne. Warunki finansowania. Podpisy. Jego, wszędzie.
W tym tkwił problem z Damienem: zawsze mylił dyskrecję ze słabością.
Ponieważ niewiele mówiłam, myślał, że jestem…
Naśladowałem.
Ponieważ stałem w tle, myślał, że jestem nieszkodliwy.
Ponieważ byłem ojczymem, który zajmował pokój gościnny i zabierał wnuka do parku, zapomniał, że to ja wierzyłem w jego plan, kiedy wszyscy inni się śmiali.
Zapomniał, że obserwuję.
Że analizuję.
Że sobie przypominam.
Tego samego popołudnia zadzwonił mój telefon.
Na ekranie pojawiło się jego imię.
Przez chwilę rozważałem, czy nie odebrać. Pozwolić mu walczyć samemu ze strachem. Ale nigdy nie byłem człowiekiem, który lubi patrzeć, jak inni toną, nawet gdy na to zasługują.
Odebrałem.
„Cześć, Damien”.
Tym razem nie usłyszałem ani arogancji, ani chłodu. Tylko urywany oddech.
„Antoine… musimy porozmawiać”.