Vivien rzuciła mi spojrzenie, które było w równej mierze słodkie, co zabójcze. „Spełnienie jest cudowne, Evie. Ale samozadowolenie jest toksyczne. Mrugasz i nagle masz czterdzieści lat, serwujesz kawę i zdajesz sobie sprawę, że zmarnowałaś każdy gram swojego potencjału”.
Jej mąż, Miles, zrobił krok naprzód, obejmując ją w talii. Miał na sobie szyty na miarę granatowy garnitur i lśniący, oleisty uśmiech korporacyjnego wspinacza. „Dlatego Viv jest idealną kandydatką na jutrzejsze partnerstwo w Apex Vault. Zarząd uwielbia historie outsiderów, którzy sami doszli do czegoś, co sami stworzyli”.
Zacisnęłam usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Samodzielnie. Vivien zapewniła sobie pierwsze trzy staże dzięki partnerom golfowym naszego ojca. Jej zaliczka pochodziła ze „skromnej” pożyczki rodzinnej. Ale tak często powtarzała mit o własnej walce o przetrwanie, że teraz czciła go jak ołtarz.
„Czy założycielka faktycznie będzie na spotkaniu?” – zapytał wujek Ron, szeroko otwierając oczy z kapitalistycznym szacunkiem.
„Sarah, ich łączniczka kierownicza, zasugerowała to” – wyszeptała Vivien, a jej oczy błyszczały autentycznym podziwem. „Nikt nawet nie wie, jak ona wygląda. Jest duchem. Ale zbudowała imperium warte 1,5 miliarda dolarów od zera. Jeśli spotkam się z nią twarzą w twarz, wiem, że się dogadamy. Kobiety takiego kalibru rozpoznają i szanują bezwzględną ambicję”.
Spojrzałam na drewnianą podłogę, ukrywając ostry, gwałtowny błysk rozbawienia tańczący w moich oczach.
Gdyby tylko wiedziała.
Wycofałam się do kuchni, rozpaczliwie potrzebując tlenu. Skręcając za róg przy spiżarni, omal nie wpadłam na Milesa. Stał przyparty do ściany, jedną ręką zasłaniając drugie ucho, by zagłuszyć hałas imprezy, i syczał zaciekle do telefonu.
„Nie, posłuchaj mnie” – syknął Miles, a jego twarz pokryła się nagłym, przerażonym potem. „Jeśli dane z trzeciego kwartału nie zgodzą się przed audytem Apex Vault jutro rano, jesteśmy martwi. Nie ignorują rozbieżności. Ukryj deficyt albo osobiście cię zrzucę na ziemię”.
Rozłączył się, uderzając kciukiem w ekran z taką siłą, że pękła szyba. Spojrzał w górę,
Jego wzrok utkwiony był w moich. Krew odpłynęła mu z twarzy, pozostawiając kolor starego pergaminu.
„Wszystko w porządku, Miles?” – zapytałem głosem całkowicie pozbawionym intonacji.
„To tylko rutynowe bóle głowy na koniec roku” – wyjąkał, poprawiając krawat drżącą ręką.