Popołudniowe słońce grzało bezlitośnie. To była rekordowa fala upałów, temperatura na zewnątrz sięgała 40 stopni Celsjusza.
Wjechałam na podjazd i pobiegłam do drzwi wejściowych, omijając zamek biometryczny jednym stuknięciem telefonu.
„Maya?!”. Zawołałem, pisząc jej imię w pustkę, mając nadzieję, że poczuje ciężki stukot moich butów o drewnianą podłogę.
W domu panowała upiorna cisza. Pobiegłem do jej pokoju zabaw. Pusto. Fotel-worek był pusty.
Wpadłem do kuchni. Trent stał przy marmurowej wyspie kuchennej, nalewając sobie kieliszek drogiego szampana. Poluzował krawat i uśmiechał się od ucha do ucha.
„Gdzie ona jest?” – zapytałem, obniżając głos o oktawę.
Trent przewrócił oczami, powoli upijając łyk. „Spokojnie, pomocy technicznej. Prezentacja poszła idealnie. Zabezpieczyłem czterdzieści milionów. Jestem teraz praktycznie bogiem w firmie”.
„Gdzie jest moja córka, Trent?” Podszedłem bliżej, a moja nieszkodliwa osobowość programisty rozpadła się.
„Wystawiłem ją na zewnątrz” – powiedział nonszalancko Trent, machając ręką w stronę tylnej części domu. „Ja…
„Stary, potrzebowałem absolutnej ciszy. Byłem w trakcie mojego przemówienia wstępnego, a ona weszła na korytarz, upuszczając zabawki i nucąc. To było kompletnie nieprofesjonalne. Więc wsadziłem ją do werandy i zamknąłem drzwi, żeby nie wróciła i nie zrujnowała mi kariery”.
Moja krew zamieniła się w ciekły azot.
Ogród zimowy nie był zwykłym patio. Był to specjalnie zbudowany, solidnie izolowany, dźwiękoszczelny szklany ogród zimowy. W środku zimy był ciepłą szklarnią. Ale dziś, w 40-stopniowym upale, z wyłączoną wentylacją, był dosłownie lupą. Piec solarny.
Nie powiedziałem ani słowa. Przepchnąłem się obok Trenta tak gwałtownie, że jego kieliszek do szampana roztrzaskał się o podłogę.
Pobiegłem korytarzem do ciężkich, szklanych drzwi ogrodu zimowego. Trent wsunął na miejsce solidny zewnętrzny rygiel.
Spojrzałem przez szybę i moje serce przestało bić.