Rozdział 1: Błotnisty deszcz
Deszcz nie padał niczym ulewa; to była powolna, męcząca mżawka, taka, która przesiąkała przez grubą, czarną tkaninę mojej żałobnej sukni i wsiąkała głęboko w moje kości. Niebo nad rozległą, zadbaną posiadłością rodziny Washingtonów miało ciężki, siniaczony odcień szarości, idealnie odzwierciedlając pustkę, dudniącą echem w mojej piersi.
Minęły dokładnie dwadzieścia cztery godziny, odkąd stałam obok mahoniowej trumny i patrzyłam, jak spuszczają mojego męża, Terrence’a, do zimnej ziemi.
„Zabierz śmieci z mojego trawnika, Audrey!”
Przenikliwy, zjadliwy głos mojej teściowej, Eleanor Washington, przerwał kruchą ciszę popołudnia.
Stałam na mokrej, śliskiej trawie, obejmując ciasno drżące ciało. Na moich oczach Eleanor wywlokła na ganek moją tanią, postrzępioną płócienną walizkę – dokładnie tę samą, którą przywiozłam ze sobą, kiedy trzy lata temu wprowadziłam się do tej rezydencji. Z jękiem czystego, złośliwego wysiłku zniosła ją po kamiennych schodach.
Tani zamek błyskawiczny, nadwyrężony uderzeniem, pękł. Moje skromne ubrania, fartuchy i kilka rzeczy osobistych rozsypały się na nieskazitelnym, rozmokłym trawniku, natychmiast wchłaniając ciemne, wzburzone błoto.