Oparłam głowę o zimny betonowy filar garażu i zamknęłam oczy. Kupiłam Tiffany luksusowe mieszkanie w dzielnicy Gold Coast, ponieważ nasza matka trzy lata temu przyparła mnie do muru w Boże Narodzenie, płacząc nad tym, jak Tiffany „zmaga się” ze swoją karierą influencerki. Zapłaciłam opłaty wspólnoty mieszkaniowej. Zapłaciłam podatki od nieruchomości. Zapłaciłam nawet za leasing jej srebrnego porsche. Powtarzałam sobie, że robię to dla Mii, mojej sześcioletniej córki. Chciałam, żeby Mia miała ciocię, która byłaby obecna, rodzinę, która czułaby się spełniona, nawet jeśli ja ciągle byłam w szpitalu.
Dzisiaj były szóste urodziny Mii. Sfinansowałam przyjęcie „Księżniczki i Wróżki”, powierzając Tiffany jego organizację w mieszkaniu. Chciałam, żeby było idealnie. Chciałam, żeby Mia czuła się jak królowa, bo jej matka była zbyt zajęta ratowaniem świata, żeby zawsze być przy niej i opowiadać bajki na dobranoc.
Przesunęłam kciukiem po ekranie, autoryzując przelew. Moje konto bankowe znów opadło, ale nie zależało mi na pieniądzach. Liczył się tęczowy tort, który obiecałam Mii. Spojrzałam na swoje odbicie w szybie samochodu – wymizerowane, z cieniami pod oczami i zabłąkaną plamą krwi na bucie. Byłam motorem napędowym rodziny Millerów, ale pracowałam na wodzy.
Wyjechałam z garażu, a panorama Chicago rozmyła się w szarości i stali. Przemierzając poranny ruch w kierunku Gold Coast, poczułem dziwne, mrowiące uczucie w karku. Coś było nie tak.