Kiedy w końcu skręciłem w ulicę, przy której stał apartamentowiec, serce zabiło mi mocniej. W budynku panowała cisza. Nie było dostawczych furgonetek, balonów przy wejściu ani tłumu dzieci w różowych strojach. Okna mieszkania, za które zapłaciłem, były ciemne, a zasłony szczelnie zaciągnięte, chroniące przed porannym słońcem.
Ścisnął mi się żołądek. Nieuważnie zaparkowałem samochód i pobiegłem w stronę holu.
Cliffhanger: Gdy dotarłem do recepcji, portier spojrzał na mnie z mieszaniną litości i zmieszania, trzymając w dłoniach małą, znajomą różową spódniczkę tutu. „Doktorze Miller” – wyszeptał – „chyba szuka pan imprezy, ale jej tu nie ma”.
Rozdział 2: Krawężnik Złamanych Marzeń
„Co masz na myśli mówiąc, że jej tu nie ma, Arthurze?” – zapytałem łamiącym się głosem.
Arthur, portier, którego znałam odkąd kupiłam to miejsce, wyszedł zza marmurowego biurka. Spojrzał na chodnik. „Twoja siostra… wyszła jakąś godzinę temu. Miała autobus pełen ludzi z aparatami. A dr Miller… zostawiła malucha”.
Nie czekałam, aż skończy. Przepchnęłam się przez ciężkie szklane drzwi i wyszłam na chodnik.
Na betonowym krawężniku, obok hydrantu, siedział mały, zgarbiony cień. Mia miała na sobie swoją 20-dolarową sukienkę księżniczki z „Target-special” – suknię, którą sama wybrała, bo uwielbiała, jak brokat wyglądał jak gwiazdy. Rąbek był pokryty ulicznym brudem. Na jej kolanach leżała pojedyncza, zgnieciona babeczka z przełamaną na pół świeczką „6”. Już nie płakała; po prostu wpatrywała się w rynsztok pustym, tysiącmetrowym wzrokiem, jaki zazwyczaj widywałam tylko u pacjentów na ostrym dyżurze.
„Mia?” – mój głos był ledwie słyszalnym szeptem.
Spojrzała w górę, jej oczy były zaczerwienione i opuchnięte. „Mamo? Ciocia Tiffany powiedziała, że nie mogę przyjechać dużym samochodem. Powiedziała, że moja sukienka „kłóciłaby się z motywem przewodnim”, a mężczyzna w drzwiach hotelu powiedział, że nie ma mnie na liście”.
Świat ucichł. Ryk chicagowskiego ruchu ulicznego, wiatr znad jeziora, bicie mojego serca – wszystko to zniknęło, zastąpione chirurgiczną, lodowatą jasnością. Poczułam, jak chłód przenika mnie do szpiku kości, taki sam poziom skupienia, jakiego używałam, gdy pacjent leżał na stole operacyjnym. To nie był zwykły błąd. To nie była lekkomyślność Tiffany. To był celowy cios w duszę dziecka dla „estetyki”.