To „proszę” zabolało mnie bardziej niż obelga Teresy.
Bo nie było skierowane do jej matki.
Było skierowane do mnie.
Jakby to ode mnie zależało rozładowanie napięcia.
Mówić ciszej.
Uczynić sytuację znośniejszą.
Potem Teresa chwyciła sukienkę.
„Ten dom istnieje dzięki mojemu synowi” – warknęła.
„Te meble, ta kuchnia, te samochody, wszystko.
A ty, chodzisz tu jak królowa”.
Potem pociągnęła.
Kiedy sukienka się rozpięła, nie krzyknęłam.
Stałam tam z rękami wzdłuż ciała, czując, jak coś we mnie odrywa się na dobre.
Alejandro wyszeptał:
„Mamo… wystarczy”.
Szept.
Pieszczota na powierzchni ognia.
Teresa się roześmiała.
„Widzisz? Nawet on wie, że mam rację”.