Październikowe powietrze było na tyle zimne, że aż piekło mnie od śladu na twarzy. Szedłem Patterson Avenue z plecakiem wbijającym mi się w ramiona i bez żadnego planu, tylko uciekać. Przejechałem trzy kilometry, zanim światła za mną zwolniły.
Zatrzymał się czarny Cadillac Escalade.
Otworzyły się tylne drzwi. Wysiadł wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu, a za nim rudowłosa kobieta ze skórzaną teczką. Jego ręce drżały. W świetle latarni zobaczyłem najpierw jego oczy – piwnozielone, szeroko rozstawione, dokładnie takie same, jakie widziałem w lustrze każdego ranka.
Zatrzymał się kilka kroków ode mnie i powiedział cicho: „Przepraszam, że cię przestraszyłem. Nazywam się Richard Whitford”.
Potem głos mu się załamał.
„I zdaje się, że jestem twoim biologicznym ojcem”.
Nie wsiadłem do Escalade, bo mu ufałem.
Wsiadłem, bo znał imię mojej matki.
Zdjęcie, które mi wręczył pod latarnią, przedstawiało kobietę o kasztanowych włosach i moją twarz, trzymającą na rękach malucha o piwnozielonych oczach. Jej uśmiech lekko przechylił się w lewo, tak jak mój. Nazywała się, jak powiedział Richard, Catherine Whitford. Zginęła w wypadku samochodowym, kiedy miałam dwa lata. Siedział na miejscu pasażera, ciężko ranny, i spędził miesiące w szpitalu. W tym czasie opieka społeczna umieściła mnie w rodzinie zastępczej. Kiedy wyzdrowiał i próbował mnie sprowadzić do domu, sąd orzekł, że dobrowolnie zrzekł się praw rodzicielskich.
„Niczego nie podpisywałem” – powiedział.