Drzewa oliwne wydawały się srebrzyste w pierwszych promieniach słońca.
Lawenda kołysała się delikatnie na wietrze.
Wtedy zrozumiałam, że Francja mojego dzieciństwa to nie tylko pocztówki, ciepłe kamienie i posiłki pod platanami.
To także korzeń, który stawia opór, gdy się go zmiażdży.
Dom, który cierpi.
Matka, która milczy, aż do dnia, w którym nie może.
Ojciec, który wstaje, nawet gdy ledwo go trzymają nogi.
„A teraz, co zrobimy?” – zapytała mama.
Spojrzałem na dziurę w kuchni.
Potem na studnię.
Potem na ich zmęczone ręce.
„Teraz odpocznij”.
Ojciec zachichotał.
„A ty?”
Wziąłem głęboki oddech.
Przez dziesięć lat wierzyłem, że moje życie toczy się w Montrealu, na hotelowych korytarzach, sprzątając pokoje, roznosząc koperty z pieniędzmi i dzwoniąc, gdzie wszyscy kłamią, żeby mnie nie martwić.
Ale moje życie też tu było.