Wróciłam do Francji bez zapowiedzi, z jedną myślą w głowie: przytulić rodziców, w domu i na ziemi, którą kupiłam dla nich po dziesięciu latach poświęceń.
Ale pierwszy widok, jaki zobaczyłam, gdy otworzyłam bramę, przeszył mnie chłód.
Moja matka podawała do stołów jak służąca.
A ojciec spał w kurniku.
„Córko… ten człowiek nie przyjechał po ziemię” – wyszeptała matka. „Przyjechał po to, co twój ojciec zakopał pod kuchnią, zanim się urodziłaś”.
Czarny samochód wjechał na podwórze, wzbijając kurz.
Jakby nawet kamienie w domu się bały.
Najpierw wysiadło dwóch mężczyzn.
Jasne koszule.
Czyste buty.
Puste spojrzenia.
Potem wysiadł Hervé Lenoir.
Szeroki w ramionach mężczyzna, ledwie po sześćdziesiątce, z siwymi włosami zaczesanymi do tyłu, opaloną od słońca twarzą i zimnymi oczami byłego notable’a, który zbyt długo wierzył, że wszystko można kupić.
Nie spojrzał na gości.
Nie spojrzał na Damiena.
Spojrzał na mnie.
„Więc to ty, Lucie” – powiedział. „Dziewczyna, która właśnie wróciła z Kanady”.
Priscille rzuciła się ku niemu.
„Wujku, przyjechała bez zapowiedzi. Mieliśmy to załatwić”.
„Wujku”.