Słowo wylądowało na dziedzińcu jak kamień.
Damien z trudem przełknął ślinę.
Uścisnęłam dłoń mamy.
Ojciec drżał pod kocem, ale jego oczy, po raz pierwszy odkąd przyjechałam, wydawały się rozbudzone.
„Co jest pod moją kuchnią?” – zapytałam.
Hervé się uśmiechnął.
„Nic, co do ciebie należy”.
„Wszystko tutaj należy do mnie, nawet jeśli sfałszowałeś dokumenty”.
Jeden z jego ludzi zachichotał.
Nie Hervé.
Podszedł powoli do głównego stołu, bez pytania wziął kawałek fougasse i ugryzł go, jakby był właścicielem tego miejsca.
Zapach tymianku, grillowanego kurczaka, ciepłego różowego wina i tapenady przyprawiał mnie o mdłości.
To był stół, który wyobrażałem sobie dla moich rodziców.
Nie po to, żeby świętować ich upokorzenie.